Neurony a uczucia

Dlaczego ziewanie jest zaraźliwe? Skąd mamy zdolność wyciągania wniosków o stanie bliskiej nam osoby? Na te i inne pytania znalazła się odpowiedź - pisze Agata Grzegrzółka.

Neurony lustrzane to grupy komórek nerwowych uaktywniające się podczas wykonywania takich czynności, jak obserwowanie innych ludzi. Odpowiadają one między innymi za empatię, za rozpoznawanie intencji i emocji innych osób oraz za teorię umysłu, czyli system pojęć, który umożliwia nam wyciąganie wniosków o stanie innej osoby.

Odkrycie neuronów lustrzanych to dla neuropsychologów wielki sukces. Można powiedzieć, że neurony lustrzane są dla neuropsychologa tym, czym dla biologa jest kod DNA. Zostały one odkryte pod koniec lat 80. Naukowcy skupili się wtedy na badaniu kory ruchowej. Doświadczenie prowadzone na makakach doprowadziło do odkrycia neuronów lustrzanych. Zostały one zauważone przez przypadek, dzięki zarejestrowaniu ich charakterystycznego dźwięku. Brzęczenie neuronów zostało zapisane, gdy małpa zareagowała na zabranie jej orzeszka. Na wykładzie mieliśmy możliwość wysłuchania tego dźwięku. Wykładowca musiał puścić go aż trzy razy, abyśmy wyłapali charakterystyczne brząkanie!

Nie tylko na małpach, ale też na ludziach prowadzono badania dotyczące występowania neuronów lustrzanych. Tyle, że u małp posługiwano się elektrodami, a do badań nad ludźmi posłużył rezonans magnetyczny. Z doświadczenia wynikło, iż podczas naśladowania mimiki czyjejś twarzy następuje aktywacja sporej części neuronów lustrzanych.

Prelegentki pokazały zdjęcia ludzi, z których twarzy płynęły emocje. Były to radość, smutek, złość, strach, czyli emocje podstawowe. Wtedy uczestnik wykładu zaskoczył nas informacją, że mamy podstawowe mięśnie mimiki twarzy oraz dodatkowe, które dziedziczymy genetycznie. Zaczęła się dyskusja na temat mięśni twarzy. Zapamiętaj sobie, że jeśli jesteś praworęczny to twoja lewa część twarzy prędzej cię zdradzi niż prawa!

Płeć mózgu? Jeśli chodzi o neurony lustrzane płeć też ma znaczenie. Kobieta ma więcej połączeń między półkulą prawą, a lewą, dzięki, którym neurony lustrzane są aktywniejsze. Kobiety są znacznie bardziej empatyczne, a ta wiedza pozwala nam na naukowe wytłumaczenie tej zależności.

Ważnym punktem tematu był autyzm. Prelegentki przedstawiły objawy choroby, a później puściły film. Autystyczny chłopiec miał naśladować ruchy ręki drugiego chłopca. Jego reakcja była opóźniona. Dzięki badaniu EEG stwierdzono, iż faktycznie aktywność neuronów lustrzanych u dzieci autystycznych jest dużo niższa.

Czy ziewaniem można się zarazić? Na ekranie ukazały się dwa zdjęcia niemowląt zrobione im w chwili ziewania. Gdy tylko na nie popatrzyłam od razu ziewnęłam, a mężczyzna siedzący obok mnie ziewnął tuż po mnie. Prelegentka się zaśmiała – o państwo tutaj już ziewają! Ziewanie jest zaraźliwe i to wszystko przez te neurony, które uaktywniają się w momencie naśladowania kogoś. Dlatego też, może nie ziewajmy, ale uśmiechajmy się ile się da, aby zarażać uśmiechem wszystkich wokół siebie!

MŁODY NAUKOWIEC W SIECI

eśli szukasz w internecie materiałów do pracy semestralnej lub magisterskiej, zapomnij o popularnych Googlach. Są lepsze źródła informacji. Chyba, że zamierzasz badać fenomen ”wesołych blogasków” – pisze Paulina Cylka.

Jeszcze kilka lat temu świeżo upieczeni studenci uczyli się, jak korzystać z kartkowych katalogów bibliotecznych, co można znaleźć w pożółkłych tomach Bibliografii Zawartości Czasopism i jak założyć rolkę z mikrofilmem na widełki wyświetlacza. W czytelni walczyli o dostęp do jedynego egzemplarza podręcznika, a o przejrzeniu zagranicznych periodyków naukowych w zaciszu wydziałowej biblioteki mogli tylko pomarzyć. Dzisiaj czytają je przy śniadaniu na ekranie komputera, a prace naukowe wydane na drugiej półkuli drukują na domowej drukarce. O ile wiedzą, jak to wszystko znaleźć w Internecie.

R-ewolucja informacji

Na pewno wiedzą to studenci etnografii, którzy uczęszczają na zajęcia Pawła Krzyworzeki. Jedną z dziedzin, jakimi zajmuje się ten doktorant, jest bowiem cyfrowa etnografia. (Tak, etnografia to nie tylko malarstwo na szkle, tańce Papuasów i góralskie przyśpiewki. To także badanie zjawisk, jakie wiążą się z internetem właśnie). W ramach zajęć przygotowujących do zdobywania fachowej wiedzy, studenci wraz z młodym naukowcem prowadzą blog, który sam w sobie jest już kopalnią mądrych wskazówek i przydatnych linków.

Jak przyznaje Krzyworzeka, nasze rodzime zasoby internetowe są jeszcze daleko w tyle za światowymi standardami. Z trudem znajdziemy na polskich stronach prace naukowe, udostępnione przez wykładowców skrypty czy podręczniki. W polskim środowisku naukowym – opowiadał – myśli się jeszcze w kategoriach ”To mój trud, moja praca, nie będę się tym dzieli”. Na Zachodzie jest wprost przeciwnie. Także z korzyścią dla naukowców – dzięki upublicznieniu swojego dorobku mogą liczyć np. na szerszą dyskusję wokół swoich dokonań. Problemem jest też polskie prawo autorskie. (Idea np. Creative Commons jest w Polsce jeszcze mało znana.)

Od czego zaczynamy wyszukiwanie? Od użycia wyszukiwarki, oczywiście. Grunt, by była odpowiednia dla naszych naukowych celów. Dlatego zamiast ?zwykłych” Google spróbujmy tego. Narzędzie to przegląda zasoby internetowe tak samo jak jego popularniejszy odpowiednik, szuka jednak materiałów o charakterze naukowym. Różnicę w wynikach prelegent zaprezentował nam na przykładzie…Britney Spears. Zwykłe google zasypały nas tysiącem wyników, wśród których królowały blogi nastoletnich fanek piosenkarki i portale plotkarskie pełne niezbędnych nam do życia informacji o wadze, alkoholowych ekscesach i problemach macierzyńskich gwiazdy. Scholar wskazał adresy plików z pracami m. in. dotyczącymi seksu w skierowanej do młodzieży muzyce. Oprócz tego wyszukiwarka podaje informacje o podobnych materiałach i przypadkach cytowań danych prac.

Książek do przeczytania lub wydrukowania w domu możemy szukać na www.books.google.com Czasem wyniki będą tylko krótką notką (i nieprzypadkowo na marginesie pojawi się reklama Amazona), można jednak odnaleźć pełne rozdziały a nawet całe wydawnictwa.

Zazwyczaj jednak – jeśli zależy nam na polskojęzycznych źródłach – prędzej czy później trafimy do biblioteki. Żeby dowiedzieć się, w której odnaleźć możemy potrzebny nam wolumen, nie musimy wychodzić z domu. Wystarczy użyć jednej z multiwyszukiwarek, np. NUKAT lub KARO. Warto może zajrzeć do bibliotek kościelnych.

Na uprzywilejowanej pozycji są studenci i pracownicy Uniwersytetu Warszawskiego. Mogą korzystać ze wszystkich światowych zbiorów, do których dostęp Biblioteka UW wykupiła. (Dzięki karcie bibliotecznej i logowaniu mogą to robić, nie ruszając się z domu.) W ten sposób można np. bezpłatnie eksplorować archiwum Gazety Wyborczej.

Wirtualną Bibliografię Zawartości Czasopism znajdziemy na stronie Biblioteki Narodowej.

Jeśli zawsze marzyliście o studiach na drugiej półkuli – nie dla papierka, ale kontaktu z tamtejszymi wykładowcami – nic straconego. W internecie znaleźć można syllabusy do zajęć i inne materiały dydaktyczne z Cambridge i innych uczelni, wysłuchać wykładu i podyskutować z podobnymi nam ”wolnymi słuchaczami” ze świata. Studia na MIT bez opuszczania ulubionego fotela – to jest coś!

Zachwyceni możliwościami, ściągamy z internetu setki plików i w pewnym momencie tracimy orientację we własnych zbiorach. Pomóc nam może odpowiedni program. Pawel Krzyworzeka poleca Zotero, (pracujący pod Mozillą, począwszy od wersji 2.0). Pozwala on na stworzenie własnej bazy danych i włączanie do niej na bieżąco nowych materiałów.

Tym, którzy nie chcą przeładowywać pamięci komputera albo boją się, że wraz z laptopem mogą stracić wszystkie zebrane do pracy materiały, pomoże siteULike. Tutaj zakładamy konto, na którym gromadzimy swoją bibliotekę i jednym kliknięciem tworzymy bibliografię, a wszystko zostaje na serwerze. Przydatną funkcją serwisu jest wymiana informacji między kontami. Możemy sprawdzać, co nowego dołączyła do swojego konta osoba o podobnych zainteresowaniach – może i nam przyda się jej materiał lub notatki z lektury?

W internecie nic nie ginie. Jeśli jakaś informacja zniknęła z interesujących nas stron wraz z ich przebudową, możemy dotrzeć do ich starszych wersji.

Na koniec – przekornie – strona, na której znajdziecie…kurs korzystania z internetu. Bez obaw, nikt nie będzie Was uczył, jak się klika myszką – jest to poradnik, jak wykorzystywać Sieć w zdobywaniu informacji z poszczególnych dziedzin.

Odkrywanie akademickich zasobów internetu, Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UW, 23.09

Elektroniczne zwierzątko

W sobotę 23 września w Bibliotece Publicznej im. Władysława Jana Grabskiego w Warszawie odbyły się warsztaty dla uczniów szkół podstawowych. Zajęcia prowadziła Francoise Theisen z luksemburskiego Muzeum Historii Naturalnej.
Pokaz „Odrzutowe maszyny wzorowane na ośmiornicy” zorganizowany w warszawskiej czytelni przy ul. Plutonu Torpedy jest jednym z trzech realizowanych w ramach projektu Wonders. Zadaniem programu Wonders jest propagowanie wśród dzieci i młodzieży wiedzy na temat osiągnięć techniki i technologii.
Piesek AIBO to robot, który umie się uczyć i zdobywać nowe doświadczenia. Poza tym wyczuwa swoje otoczenie. Przez konstruktorów został wyposażony w trzy zmysły: wzroku, słuchu i dotyku. Elektroniczny psiak widzi dzięki kamerze zamontowanej na głowie i słyszy za sprawą mikrofonu stereo. Czujniki umieszczone na głowie, podbródku i plecach mechanicznej zabawki zastępują receptory dotykowe, które u zwierząt i ludzi znajdują się w skórze.
Na prezentacji AIBO zachowywał się jak prawdziwy psiak. Wykonywał polecenia pani Thiesen. Na powitanie „podawał łapę”. Reagował na pieszczoty. Dzieci mogły podziwiać też talent piłkarski mechanicznego czworonoga. Będzie gwiazdą Mundialu – żartowała pani Thiesen. I rzeczywiście piesek świetnie radził sobie z piłką. Bawił się jak żywe szczenię.
Maluchy były zachwycone elektronicznym zwierzątkiem. Ku uciesze dorosłych traktowały AIBO jak prawdziwego psa. Do nogi, do nogi – wołała psiaka jedna z dziewczynek. Inna rzucała mu piłkę. AIBO nie zwracał uwagi na te dziecięce rozkazy. Któryś z rozbawionych rodziców powiedział, że może trzeba na psa zagwizdać. Niestety, piesek-robot nie znał polskich komend tylko francuskie.

Joanna Witecka

Dobre, bo polskie

„Dobrą markę można tworzyć dla dobrego towaru, ale jak tworzyć dobrą markę jeśli towaru brak?” – tak zobrazował problem wizerunku Polski na świecie dr Ryszard Żółtaniecki na spotkaniu „Polityka Zagraniczna – przeszłość i przyszłość”, na którym razem z prof. Robertem Mroziewiczem (pozostali goście – eurodeptowani Wojciech Roszkowski i Konrad Szymański – niestety nie dotarli), prowadzili debatę, właściwie, o teraźniejszości polskiej dyplomacji.
Polski MSZ, wg dr Żółtanieckiego, to najbardziej profesjonalny resort polskiego rządu, którego, z nielicznymi wyjątkami, nie możemy się powstydzić.
Z kolei prof. Mroziewicz twierdzi, że problem dzisiejszego określenia racji stanu to w dużej mierze kwestia braku „wielkich” celów. Takich, jakie np. wytyczył minister Skubiszewski w 1990 roku. Skoro cele te w dużej mierze zostały już osiągnięte (utrzymanie suwerenności, przystąpienie do NATO, integracja europejska), problem dzisiejszej dyplomacji polega na braku mobilizacji wobec pozostałych, „mniejszych”, jak zasugerował prof. Mroziewicz.
Ale czy w takim razie w „małym celu”(?), jakim może się wydawać wizerunek Polski na świecie, nasz korpus dyplomatyczny nie może nic zrobić?

Niechlubnych stereotypów dotyczących Polski i Polaków jest niestety bardzo wiele. Z jednej strony, w każdym stereotypie jest podobno ziarno prawdy. Antysemickie napisy na murach warszawskich dzielnic, rasistowskie zachowanie pseudokibiców Lechii Gdańsk to akty, których Polska się wstydzi, ale i nie może się wyprzeć, bo są faktem, i co gorsza, nagłośnionym. Z drugiej strony, często to Polacy spotykają się z nietolerancją i agresją ze strony, zwłaszcza zachodnich, obywateli. Z akcentami wybitnie antypolskimi, o których nikt nie wie, albo nie chce wiedzieć.
„Polskie obozy śmierci” wpełzły już do niejednej książki czy gazety zagranicznej. Wg dr Żółtanieckiego dyplomaci nie są w stanie nic zrobić, bo listy, upomnienia, zażalenia właściwie wcale nie pomogą (czy rzeczywiście?). Procesować się odradza, bo „przecież możemy przegrać”. Lepszą metodą na walkę z tego typu wykrzywieniami widzi w lobbingu i indoktrynacji.
Polska polityka historyczna boryka się dziś z problemem konsensusu z zagranicznym partnerem (w przypadku podręczników – niemieckim), bo porozumienia brak.
Jednocześnie dr Żółtaniecki sugeruje, że Erika Steinbach, która przyczyniła się do zaostrzenia stosunków polsko-niemieckich, być może nie byłaby dziś tak silna gdyby nie duża uwaga skierowana na nią i Centrum Przeciw Wypędzeniom już na początku jej działalności.
Czy to znaczy, że mieliśmy jakoby NIE reagować gdy pomysł tego ośrodka się pojawił?

Problem „jak widzą nas na świecie” jest o tyle trudny i złożony, o ile spraw spornych między nami a Niemcami (i innymi krajami) cały czas przybywa. Kwestia wizerunku okazuje się w każdym razie dwutorowa. Z jednej strony bardzo istotne jest to, jak kreowany jest on w innych krajach, a z drugiej, jak robimy to my sami na własnym podwórku. Czyli jak prezentujemy markę własnego towaru. A czynią to nie tylko dyplomaci.

Magda Skajewska

Najpiękniejszy zawód na świecie

19 lutego 1989 roku, godzina 6.36 rano. Samolot znanego przewoźnika cargo uderza o ziemię, w wyniku czego giną 4 osoby, a z samolotu wartego 57 mln dolarów nie pozostaje nic. Przyczyna: kontroler ruchu lotniczego nie zastosował się do frazeologii.

Podczas podejścia do lądowania załoga otrzymała przez radio prowadzenie “descend two four zero, zero feets”. Widać, że kontrolerowi lotu chodziło o to, aby pilot zszedł na 2400 stóp. Na nieszczęście w języku angielskim “to” i “two” maja niemal identyczna wymowę, a “to” oznacza “do”. Pilot zrozumiał, że zamiast do 2400 ma się zniżyć do 400 stóp, co w efekcie spowodowało katastrofę. Kontroler powinien był podać komendę:  “Descend to two four, zero, zero feets!”

Praca kontrolera ruchu lotniczego polega na separowaniu samolotów tak, by zachować bezpieczną odległość między nimi. Nieustannie wzrasta ilość statków powietrznych, powodując coraz większe zagęszczenie w przestrzeni, a więc i coraz mniejsze odległości między nimi. Środowisko staje się coraz bardziej dynamiczne, a więc i kontroler musi reagować szybciej.
Od 1941 roku zanotowano 178 kolizji lotniczych spowodowanych zderzeniem się samolotów w powietrzu. Nie zawsze przyczyną był błąd kontrolera lotu. Aby zwiększyć bezpieczeństwo powstał Pokładowy System Zapobiegania Kolizji TCAS. System, bez którego do USA nie wleci żadna maszyna (stąd polskie Boeingi 767 latające przez Atlantyk są w niego wyposażone).
TCAS zainstalowany na pokładzie samolotu skanuje swoje otoczenie poszukując sygnałów nadawanych przez transpondery innych samolotów. Zasięg transpondera to 14 mil morskich, czyli ok.25 km. Maksymalnie system jest w stanie przekazać sygnały z 30 transponderów jednocześnie. Wychwytując sygnały TCAS określa dystans i wysokość innych samolotów w odniesieniu do własnej pozycji i następnie prezentuje na wyświetlaczu. Na tej podstawie oblicza prędkość zbliżania się intruza. Odległość oraz prędkość zbliżania się przeliczane są na czas. Tak wiec czas, w jakim może dojść do kolizji jest glównym kryterium stanowiącym o zagrożeniu. Gdy będzie on mniejszy od pewnej wartości progowej, system przekaże pilotowi odpowiednie informacje. Może to być ostrzeżenie o potencjalnym zagrożeniu, czyli tzw. propozycja ruchowa (Traffic Advisory-TA). Pilot słyszy wówczas głosem z komputera “traffic, traffic” i ma wtedy obowiązek zerknąć na wyświetlacz, by zorientować sie o rodzaju zagrożenia i kierunku nadejścia.
Druga informacja jest propozycja rozwiązania (Resolution Advisory-RA). Jest ona generowana w przypadku najwyższego zagrożenia, gdy czas do kolizji jest mniejszy niż 35 sekund. Wówczas TCAS narzuca pilotowi konkretne rozwiązanie typu wznoś się, zniżaj, przyspiesz wznoszenie itp.
W przypadku gdy również na pokładzie intruza znajduje się TCAS, jeden z samolotów słyszy by się wznosił, drugi by się zniżał. Minimalna separacja pomiędzy samolotami, jaka jest dopuszczana w płaszczyźnie pionowej to 1000 stóp czyli ok.300 metrów. Powstaje problem, co sie dzieje z tymi samolotami, które znajdują się nad tym samolotem, który sie wzniósł, bądź pod tym, który się obniżył. Jeżeli przestrzeń jest w miarę pusta to wszystko jest OK, natomiast jeśli w przestrzeni jest trochę więcej samolotów, to dodatkowe dwa stwarzają kolejne zagrożenia.
TCAS przekazując RA przejmuje, na ten moment, kontrolę nad ruchem. Kontroler nie ma wtedy prawa przekazać swoich instrukcji, które weszłyby w konflikt z narzuconymi przez system.
Z punku widzenia kontrolera ruchu lotniczego TCAS zakłóca cały taktyczny plan jaki on opracował, bo, jak mówił prelegent, kontrolerowi nie płaci się za to, by mówił do mikrofonu, bo wtedy byłby to najpiękniejszy zawód na świecie, ale za wymyślenie koncepcji ruchu. Niezależnie od okoliczności, czy to, gdy padnie radar czy łączność, kontroler ma bezpiecznie przeprowadzić samolot przez swoją przestrzeń. Tak więc w momencie gdy pilot uciekając przed zagrożeniem wykona polecenie TCASa, burzy on taktykę opracowaną przez kontrolera. To tak, jakby wyjąć jedną kartę z domku z kart- wszystko się rozsypie. O ile na ustawienie domku z kart można przeznaczyć dowolną ilość czasu, o tyle w sytuacji ruchowej, która odbywa się w czasie rzeczywistym, nie ma takiej możliwości.

Anna Perek

Warszawa w epoce lodowcowej

Przez cztery dni miłośnicy paleontologii mogli podziwiać wystawę przygotowaną przez pracowników Muzeum Ewolucji. Ekspozycja pt. Warszawa w epoce lodowcowej prezentowała stworzenia, które zasiedlały tereny miasta w epoce  plejstocenu, trwającej od  1,8 mln lat do 11 tys. lat temu.

Okazuje się, że szczątki dawno wymarłych zwierząt można znaleźć nie tylko na Pustyni Gobi czy w innych równie egzotycznych miejscach, lecz także na terytorium Warszawy.

Polscy paleontologowie w samym centrum stolicy, przy Al. Jerozolimskich, odkryli fragmenty mamuta. Z koryta Wisły wydobyli czaszkę nosorożca, przy Rondzie Wiatraczna natknęli się na szkielety jeleniowatych, a na wspomnianego słonia leśnego natrafili przy ul. Leszno.

W Warszawie takie odkrycia są przypadkowe. Leżące głęboko pod ziemią skamieniałości znajdowane są najczęściej przy tworzeniu nowych stacji metra, ale można się do nich dokopać także podczas innych prac budowlanych.

Wystawa Muzeum Ewolucji pobudza wyobraźnię. Z umieszczonych na sali informacji wynika, że w plejstocenie Warszawę i jej okolice zamieszkiwały gigantyczne zwierzęta. Jeleń olbrzymi był wielki jak samochód dostawczy. Miał od 180 do 210 cm w kłębie. Na łbie zwierzę dźwigało ciężkie pięćdziesięciokilogramowe rogi, o rozpiętości dochodzącej do 3 metrów. Epoka lodowcowa, zwana jest erą wielkich ssaków. Oprócz ogromnego jelenia żyły na obszarze Polski m. in. mamuty, nosorożce włochate, prażubry stepowe, łosie olbrzymie, niedźwiedzie jaskiniowe, lwy jaskiniowe, hieny jaskiniowe i piżmowoły. W okresach ocieplenia klimatu, tzw. interglacjałach, występowały u nas także zwierzęta ciepłolubne takie jak np.: słonie leśne, tury czy dzikie konie.

Zwiedzający wystawę mogli obejrzeć m. in. czaszki i poroża zwierząt z rodziny jeleniowatych, odlew szczątków malutkiego prakonia i rekonstrukcję głowy nosorożca.

Ekspozycja Warszawa w epoce lodowcowej wieńczy opowieść o rozwoju życia na ziemi. Wcześniejsze etapy historii naturalnej tj. powstanie życia w morzach, przeobrażanie płazów i gadów, epoka dinozaurów oraz pojawienie się pierwszych ssaków, są przedmiotem stałej wystawy prezentowanej w Muzeum Ewolucji. Zachęcam wielbicieli skamieniałości do jej obejrzenia. Przemiany gatunków dokumentowane są przez liczne odlewy skamielin z różnych części świata, rekonstrukcje oraz naturalnej wielkości szkielety zwierząt.

Zainteresowani epoką plejstocenu w Polsce i odkryciami z tego okresu na terenie stolicy powinni zapoznać się z eksponatami Muzeum Geologicznego Państwowego Instytutu Geologicznego oraz Muzeum Ziemi PAN w Warszawie.

Joanna Witecka

Jak choruje nasz sen?

nsomnia, hipersomnia, somnambulizm – to jedne z wielu chorób snu. Doktor Michał Skalski na spotkaniu “Jak zbadać sen?” podczas Nocy Badaczy opowiadał, że do tej pory wykryto ich kilkaset. Niemal codziennie odkrywane są kolejne. Dziedzina zajmująca się zaburzeniami snu rozwija się bowiem dopiero od połowy lat 90.

Ponad 80% wszystkich przypadków zaburzeń snu to bezsenność. Definicje bezsenności są nieprecyzyjne, najogólniej można powiedzieć, że pacjent cierpi na bezsenność, kiedy nie ma satysfakcji ze swojego snu. Czy możemy czuć się wyspani nawet kiedy krótko śpimy? Tak, pod warunkiem, że uda nam się spać przez co najmniej dwie godziny w śnie głębokim, regenerującym. Ważna jest nie długość, ale jakość snu.

Doktor Skalski opowiadał także o innej chorobie – hipersomni, czyli nadmiernej senności. Jeden z jego pacjentów spał podobno 20 godzin na dobę. Kiedyś przyszła też staruszka mówiąc: Panie doktorze, proszę mi pomóc, śpię po 16 godzin na dobę, a chciałabym skorzystać jeszcze z życia, skoro mam go już tak mało!

Obecnie ogromnym problemem społecznym – mówił doktor M. Skalski – jest problem zaburzenia rytmu okołodobowego. Istnieje nawet pojęcie społeczeństwa 24-godzinnego. Liczba osób (wśród nich przede wszystkim młodzież i dzieci), które coraz mniej czasu poświęcają na sen, stale się powiększa. Istnieje też przypuszczenie lekarzy, że wstawanie o szóstej rano nie sprzyja naszemu zdrowiu.

Wśród grupy zaburzeń, kiedy podczas snu powstają nowe choroby, jest somnambulizm, czyli lunatyzm, a także bezdech. Na tę chorobę cierpią najczęściej ludzie po 40., 50. roku życia. Jest to dla nich szczególnie niebezpieczne. Badania wykazują, że ludzie ci w ciągu dnia są zupełnie zdrowi i nie mają kłopotów z oddychaniem, a problem pojawia się nieoczekiwanie, kiedy zasypiają. Metodą leczenia bezdechu jest korekcja laryngologiczna czy też chirurgiczna, np. przegrody nosa. Niestety metoda ta daje tylko 50% skuteczności.

Rutynowe badanie snu – EEG – za pomocą elektroencefalogramu, zwykle trwa dwie noce. Pacjent w nowym miejscu śpi często inaczej niż w domu – samo przyklejanie elektrod, co odczuwa się prawie jak głaskanie po głowie, trwa długo. To wszystko sprawia, że pacjent z bezsennością pierwszej nocy śpi dobrze. Pacjent zdrowy – odwrotnie. 21 elektrod umieszcza się na różnych częściach głowy – między innymi w okolicy gałek ocznych i potylicy. Człowiek mający problemy z chrapaniem ma przyklejone je ponadto na brzuchu. Z hipnogramu można odczytać, jak przebiegały poszczególne cykle snu. Lunatyków też bada się tą metodą.

Czy badacz snu sam zarywa noce? Niestety tak. Podczas badania pacjent śpi, a ja przecież muszę czuwać…-mówi doktor M. Skalski. – Kiedyś jeden z pacjentów spytał mnie: nie śpię już trzy noce! Czy pan to rozumie?! A ja rozumiałem to doskonale. Ponadto przy leczeniu pacjentów z depresją czy z problemem alkoholowym trzeba czuwać podwójnie. Opowiadał też, że kiedyś podczas zarywania nocy miał pacjenta, który mówił przez sen i był szpiegiem…

Słuchacze pytali: gdzie można zgłosić się z problemem ze spaniem? Doktor M. Skalski: powinien pomóc nam najpierw lekarz rodzinny. Niestety często przepisuje on tylko środki nasenne, a to nie rozwiązuje problemu.

Zofia Bluszcz

W kawiarniany gwar kwant się wdarł

W półmroku przy pięciu kawiarnianych stolikach rozmawiają grupy ludzi. To fizycy i goście Nocy Badaczy. Ktoś pokazuje ilustracje na ekranie laptopa, ale przeważnie rozmowy toczą się bez pomocy naukowych.

Przy środkowym stoliku siedzi dr Piotr Szymczak i dr Andrzej Dragan. – Zapraszamy, jesteśmy tu żeby rozmawiać. Ja zajmuję się fizyką statystyczną, a kolega mechaniką kwantową – mówi Piotr, który za trzy lata planuje być już doktorem habilitowanym. Pierwszy staż podoktorski odbył w Stanach Zjednoczonych, ale wrócił. – Po doktoracie warto pracować w innej placówce niż się go broniło – mówi. – W Stanach ktoś, kto ma doktorat i później pracę w tym samym miejscu, wygląda podejrzanie. Wszyscy wówczas myślą, że buduje się klikę badaczy popierających te same teorie – wyjaśnia Piotr, który po powrocie ze Stanów pracuje teraz na Wydziale Fizyki UW.

Po kwadransie zbiera się wokół Piotra i Andrzeja grupka studentów. Część słucha wypowiedzi o tym, że fizyka statystyczna nie ma wbrew nazwie wiele wspólnego ze statystyką, a ma związek przede wszystkim z emergencją, czyli zjawiskami przewyższającymi swoją złożonością elementy, z których się biorą.

Część słuchaczy pyta o komputery kwantowe. Część wychodzi, ale za chwilę ktoś dołącza. Przed 22 pojawi się na chwilę nawet dwóch profesorów, którzy chcą posłuchać młodszych kolegów. W sumie, o różnych porach, przy stoliku będzie tego wieczoru około dwudziestu osób.

Do stolika przychodzi kobieta z czwórką dzieci, gimnazjalistów i licealistów. Jeden z chłopców doskonale wie, o czym mówi Andrzej. Fotony, kwanty i dekoherencja przy kwantowym przesyłaniu informacji to pojęcia, które sam wprowadza do rozmowy. Później fizycy skomentują, że chłopiec był doskonale przygotowany i zadawał “ostre” pytania.

Przed wyjściem opiekunka chłopca wyjaśniła, skąd te zainteresowania. – Mój brat pracuje w Stanach nad pierwszym komputerem kwantowym. Nazywa się Wojtek Żurek. Może słyszał pan o nim? Napisał książkę o mechanice kwantowej. – Znam osobiście.

Jedni przenoszą się tu od innych stolików, inni przychodzą z innych imprez Nocy Badaczy. Wśród nich starszy siwy pan, którego bardzo interesuje szyfrowanie informacji za pomocą fotonów. Tak zaszyfrowane informacje nie mogłyby zostać przez nikogo postronnego odczytane, bo foton niejako ‘wie’, że jest podglądany.

W pewnym momencie starszy pan wyjmuje notes. – Będę miał dla pana propozycję komercyjną – mówi tajemniczo do Andrzeja. – Niech pan uważa, bo Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego też tak zaczyna – śmieje się ktoś przy stoliku. – Tym bezpieczniej dla pana, panie Andrzeju – odpowiada siwy pan. Po chwili stwierdza już na poważnie: – Reprezentuję największego operatora telekomunikacyjnego w tym kraju. Bardzo interesują mnie nowości. Wdrożyłem już kilka takich rozwiązań przez ostatnie lata.

- Zdarza się fizykom pracować komercyjnie. W obiegu naukowym jesteśmy otwarci na publikowanie wyników. Pracując komercyjnie, trzeba te wyniki utajniać – opowiadają Piotr i Andrzej.

Rozmowa staje się coraz mniej formalna: – Przez dwadzieścia lat pracowałem naukowo na politechnice, mam doktorat. Przeniosłem się do sektora prywatnego, żeby móc wdrażać to, co wiem i czym zajmowałem się w teorii. Różnie z tym jest, bo dużo czasu zajmuje przekonywanie zarządu, że to przełoży się na sukces finansowy – mówi siwy pan.

Piotr Toczyski

Element historii

Afisze, broszury, druki, fotografie, „jednodniówki”, plakaty, pocztówki. A wszystko z dokładną starannością opracowane i oprawione w antyramy. To nic innego, jak dokumenty życia społecznego, gromadzone od powstania Biblioteki.
Celem spotkania jest zachęcić czytelników, zarówno studentów, jak i ludzi z ulicy do współtworzenia tych zbiorów – wyjaśnia na początku sobotniego wykładu „Obraz życia akademickiego na Uniwersytecie Warszawskim Emilia Słomianowska – Kamińska, kierownik Gabinetu Dokumentów Życia Społecznego.
Grono kameralne. Zaledwie trzy osoby.
-Temat jest dość mało chwytliwy. I jeszcze tak wczesna pora. Być może ludziom wydaje się, że dużo wiedzą o bibliotece – mówi Słomianowska-Kamińska.
Czym właściwie są dokumenty życia społecznego?
W różnych bibliotekach są one różnie rozumiane – wyjaśnia wykładowca. My kolekcjonujemy pocztówki, fotografie, kasety dźwiękowe, kasety wideo – wszystko to, co towarzyszy działalności publicznej i propagandowej partii politycznych, organizacji pozarządowych, fundacji, instytucji o charakterze politycznym, kulturalnym, naukowym i oświatowym – dodaje prelegentka.

Pożółkłe, stare papiery a na nich „Spis wykładów w semestrze zimowym 1917/18 na wydziale lekarskim”, „Plan Nauk całokursowy na Wydziale Nauk Pięknych dla sposobiących się na Magistrów w tym Wydziale”, książeczki zdrowia studentów, legitymacja tramwajowa, karta mieszkańca akademika, książeczka podróży, dyplomy ukończenia studiów, karta biblioteczna to jedynie niektóre okazy cennych zbiorów Gabinetu Dokumentów Życia Społecznego BUW. Przedstawiają one niepełny, ale ciekawy obraz życia studentów, rektorów, wykładowców.
Interesuje nas absolutnie wszystko. Począwszy od maleńkiej ulotki, po obszerne sześćdziesięciostronicowe opracowania – mówi Słomianowska-Kamińska. Materiał ten jest kompletnie omijany przez badaczy historyków. Szkoda, bo przecież są to ważne, prymarne dokumenty, które o czymś nas informują, z nich coś wynika – dodaje.
Rzeczywiście z ekspozycji można było wywnioskować, że studenci cały czas byli i są aktywni. Wchodzą w skład różnych organizacji, tworzą kręgi towarzyskie, koła naukowe. Uniwersytet zawsze był i jest mocno związany z sytuacją polityczną, a studenci od zawsze mocno angażują się w politykę.
-Jednym z najciekawszych okresów życia akademickiego jest okres międzywojenny. Korporacje akademickie, odezwy rektorów do Młodzieży akademickiej w kwestii zachowania, przepisy dla zwiedzających Ogród Botaniczny, zaproszenia rektorów na bale dla delegacji studentów to unikatowe dokumenty z tamtego okresu jakie przechowuje gabinet. Z tych drobiazgów można zbudować obraz życia akademickiego. Życia, które widać, że tętniło. Wszystko w nim było żywotne, aktywne.
-Oczywiście interpretacja tego obrazu zależy od zabarwienia politycznego i wspomnień. Ale wyraźnie widać, ze walka polityczna między ugrupowaniami politycznymi przenosiła się na Uniwersytet i tamtejsze młodzieżowe organizacje – stwierdza prelegentka.
Wydaje się, ze pewne wydarzenia w danym czasie są nieważne. A okazuje się, że po latach dokumenty z tego okresu uchodzą do wysokiej rangi.
Moim zadaniem jest namówić, uświadomić czytelnikom o konieczności dokumentowania życia społecznego. – dodaje Słomianowska – Kamińska.
Zapewne sama oddam po ukończeniu studiów własna legitymację, plany zajęć, czy indeks. To niezwykłe móc przekazać pokoleniom dokumenty z fragmentu naszego życia. Przekonałam się o tym sama przeglądając te stare, ale cenne materiały. Bo to tez element naszej historii, a więc i tożsamości.

Wszystkich, którzy chcą nawiązać współpracę z Gabinetem Dokumentów Życia Społecznego, Emiia Słomianowska-Kaminska zaprasza do Biblioteki, od poniedziałku do piątku w godz. 9.00 – 15.00, piętro III, pok. 311 i 312.

Marta Strzelecka

Nadzieja czy pewność?

Biologia staje się coraz bardziej interdyscyplinarną nauką. Dzieje się tak za sprawą jej aplikacyjnego charakteru. Na wyniki badań biologów czeka między innymi medycyna i biotechnologia. O zjawisku interferencji RNA, jako jednym z największych odkryć współczesnej biologii opowiadała doktor Agnieszka Chołuj – kierownik Szkoły Festiwalu Nauki, na spotkaniu zatytułowanym „Moja kariera? Biologia!”, które odbyło się 21 września w Instytucie Biochemii i Biofizyki PAN.

Interferencją  RNA (RNAi) naukowcy nazwali naturalny system działający w komórkach roślinnych i zwierzęcych, który stoi na straży ekspresji genów. Odkrycie tego zjawiska zapoczątkowało nowe badania nad możliwością wyciszenia przez małe cząsteczki dwuniciowego RNA (siRNA) ekspresji zmutowanych genów w komórkach ssaków.
Fascynacja poznaniem funkcji genów w komórce jest tym bardziej zrozumiała, gdyż możliwość zablokowania szkodliwych ekspresji genów,  wzbudza nadzieje terapeutyczne na skuteczne leczenie chorób neurodegeneracyjnych, autoimmunologicznych, czy nowotworowych. Należy jednak pamiętać, że potrzeba jeszcze wielu lat badań naukowców, zanim leczenie oparte na RNAi będzie mogło być powszechnie praktykowane. Główny problem stanowi znalezienie metody wprowadzenia do komórek człowieka odcinków RNA o sekwencji przypominającej siRNA, uzyskanych metodą transkrypcji in vitro, bądź syntetyzowanych chemicznie. Podanie siRNA w formie zastrzyku nie rozprzestrzenia bowiem efektu wywołanego interferencją RNA na cały organizm, nie można go przyjmować także w postaci pigułek, gdyż, zanim zdążą się wchłonąć, zostaną strawione. Obecnie w laboratoriach szuka się innych rozwiązań, ale nie wiadomo, czy którekolwiek z nich okaże się skuteczne. Pytań, które czekają na rozwiązanie jest wiele, ale znalezienie odpowiedzi choćby na jedno z nich to kolejny etap w odkrywaniu tajemnic genetyki. Biologia może stać się fascynacją na całe życie, mimo iż, jak zauważa dr Agnieszka Chołuj, porażka jest dla biologa chlebem powszednim, to jednak każdy sukces zachęca do dalszych badań.

Marta Stasiuk